Wybory prezydenckie 2016 już dziś

AP Photo
AP Photo http://www.politico.com/news/stories/1012/82121.html
Wiadomo, że wtorek wyborczy w USA za 4 lata wypadnie 8 listopada. Zaraz, zaraz, przecież jeszcze nawet nie można być pewnym do końca, kto wygra tegoroczny pojedynek Obama - Romney (chętnych do zakładów już jakby mniej; finał poznamy za niecały miesiąc), a ja już o 2016? Nie ma co się dziwić, bo wiadomo, że w USA trzeba być zawsze „one step ahead”. No to też się staram.

Temat roku 2016 oczywiście pojawił się już dużo wcześniej wraz z pytaniem czy Hillary Clinton ogłosiła swoje odejście z Departamentu Stanu niezależnie od wyniku wyborów dlatego, że jest bardzo zmęczona, czy też dlatego, że chce się przygotować do startu w wyścigu do Białego Domu.

Co ciekawe, Bill Clinton, który od czasu swojego przemówienia podczas konwencji demokratów w Charlotte, (które okazało się najmocniejszym punktem wydarzenia), cieszy się rekordową popularnością, ostatnio mówił w wywiadzie, że kto wie: być może konstytucja USA pozwoli w przyszłości na powrót do gry byłych prezydentów po przerwie, z prostego powodu, że żyjemy dziś dłużej i dłużej jesteśmy w pełni sprawni, wiec czemu by nie żyć dłużej w Białym Domu… Bill Clinton pewnie z tego już nie skorzysta, ale trzeba przyznać, że były prezydent ma w ostatnim czasie ma swoje „pięć minut” i podobno do wyborów ma go być jeszcze więcej.

Nie wiem czy mam akurat takie szczęście z pilotem w ręce, czy rzeczywiście Clinton występuje ostatnio w mediach częściej niż kandydaci na wiceprezydenta Joe Biden i Paul Ryan razem wzięci. Swoją drogą musi mieć niezły ubaw słysząc, jak jego zdolności pojednawcze w Kongresie w latach dziewięćdziesiątych chwalą dziś nawet Ci, którzy nie tak dawno za wszelką cenę chcieli usunąć go z urzędu.

Dziś temat wyborów 2016 powrócił w kontekście nadchodzącej w tym tygodniu jedynej debaty kandydatów na wiceprezydentów. Niezależnie od tego, kto będzie uznany za zwycięzcę, obaj kandydaci ponoć pewnie patrzą w przyszłość i wiedzą, że od ich występu zależą też ich dalsze polityczne kariery. Pewnie z racji wieku bardziej dotyczy to Paula Ryana, ale ekipa Joe Bidena też przekonuje, że wiceprezydent ma jeszcze dużo siły i niczego nie wyklucza.

Ale zanim powrócę do nadchodzącej debaty Biden-Ryan, małe wytłumaczenie: po ubiegłotygodniowej pierwszej debacie Obama – Romney nic nie napisałam, bo długo dochodziłam do siebie. I nie chodzi o odreagowanie samej debaty, co atmosfery po. Następnego dnia na moim uniwersytecie emocje sięgały zenitu. Najpierw niedowierzanie i przecieranie oczu ze zdumienia z transformacji obu panów. Potem złość: na doradców Obamy i ich strategię rzecz jasna. Od rana znajomi prześcigali się w propozycjach, co też Obama mógł powiedzieć, a nie powiedział i czemu „nie dowalił”. To oczywiście zwolennicy prezydenta zachodzący w głowę przez resztę tygodnia, co też takiego się Obamie stało. Podpowiedź podsunął niedoszły prezydent w wyborach 2000 Al Gore, który zastanawiał się głośno czy przypadkiem przyczyną słabszej dyspozycji Obamy nie było górskie powietrze w Denver, do którego Prezydent nie zdążył się przystosować, bo wylądował w stolicy stanu Kolorado na krótko przed debatą
w przeciwieństwie do swojego rywala.

Zwolennicy Romney’a zaś albo wdawali się w gorącą dyskusję i z takim samym przekonaniem opowiadali jak to ich faworyt powalił Obamę na ziemię, albo niewiele mówili, bo nie musieli: ich twarze uśmiechnięte od ucha do ucha zdawały się rzucać każdemu spotkanemu na korytarzu krótkie „a nie mówiłem?”

Niezdecydowani zaś – mam wrażenie, że od środowej debaty jeszcze bardziej niezdecydowani. Dotychczas wybierali pomiędzy dwoma kandydatami, nagle zrobiło się czterech: Obama, którego znają z kampanii; Obama, którego zobaczyli podczas debaty; Romney z kampanii i wreszcie Romney z debaty. Tym nie zazdroszczę. Ale jeśli ktoś chciał, żeby debata poruszyła wyborców, no to bingo. Przed telewizorami obejrzało ją 67 milionów ludzi. W dzisiejszych nowych sondażach przewaga Obamy w niektórych kluczowych stanach stopniała do granicy błędu statystycznego - przez debatę rzecz jasna. Tylko chyba nie muszę nikogo przekonywać, że w takiej atmosferze na uniwersytecie pracuje się ciężko.

Ale to już za nami, nie ma co wracać, trzeba przecież być krok do przodu. Choć oprócz wybiegania w przyszłość do 2016 roku, media też z lubością powtarzały dziś cały dzień debatę sprzed 4 lat Joe Biden – Sara Palin.

Full Vice Presidential Debate with Gov. Palin and Sen. Biden

Biden miał przyznać, że starcie to było najtrudniejszym doświadczeniem w jego karierze. Musiał się bardzo pilnować, by nie "traktować kontrkandydatki protekcjonalnie". Teraz dziennikarze przewidują, że nie będzie miał żadnych hamulców. Przypominają też, że to właśnie przemówienie Bidena (nie Obamy i nie Clintona) podobno spowodowało największy ruch na Twitterze (przy okazji dowiedziałam się o istnieniu nowej jednostki „tps” czyli „tweet per second”).

Pojedynki „prezydenckich dwójek” rzadko zmieniają przebieg kampanii, a jednak zapowiada się ciekawie. W Kentucky, gdzie w czwartek zmierzą się kandydaci obejrzymy zderzenie pokoleń i z obu stron ma być ostro. Już się boję jak ten pojedynek przeżyją znajomi na uniwersytecie i czy da się w piątek choć trochę popracować.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Wybory w USAUSA
Skomentuj