POTUS i FLOTUS

Dla niewtajemniczonych: Prezydent (od: President of the United States) i Pierwsza Dama (od: First Lady of the United States). W książce “The Obamas”, dziennikarka NYT Jodi Kantor pisze, że właśnie tak prezydent Obama ma się czasem pieszczotliwie zwracać do swojej żony Michelle.

Wiadomo, ze Biały Dom przez kolejne cztery lata będzie ich domem. Po wyborach nikt nie musiał zgolić wąsów, ani ich zapuszczać (przynajmniej jeszcze nie teraz).
I znów dla tych, którzy nie bardzo wiedzą o co chodzi, bo udało im się przez ostatnie miesiące prowadzić niezakłócone przez kampanię życie: Doradca prezydenta Obamy David Axelrod obiecał przez wyborami na antenie telewizji msnbs, że zgoli wąsy, które hodował od 40 lat, jeśli Obama przegra w stanach Minnesota, Michigan i Pensylwania. Prowadzący poranny program Joe Scarborough miał za to zapuścić wąsy, jeśli demokraci zwyciężą w Północnej Karolinie i/lub na Florydzie. Na tej ostatniej wciąż liczone są glosy, choć wyniku tych wyborów już nie zmienią.



A wynik ten pokazał jak bardzo Ameryka jest podzielona – to chyba najczęstsze
i w sumie mało odkrywcze dziś stwierdzenie. Ciekawsze jest może to, jak bardzo jest złożona. Przez ostatnie długie tygodnie, media co dzień informowały czyje głosy miały być w tych wyborach kluczowe: jednego dnia, że Latynosów; innego, że Afroamerykanów; kobiet, albo znów młodych; Azjatów czy środowisk żydowskich. Ostateczna demograficzna układanka okazała się dość podobna do tej sprzed czterech lat. Choć rzeczywiście przewaga wsparcia demokratów przez Latynosów była historyczna – w całym kraju 72 procent z nich głosowało na Obamę, i ponad trzy razy mniej na Romney’a.

Latynosi w ogóle mogli się cieszyć z wyjątkowego zainteresowania podczas tej kampanii. Przede wszystkim dlatego, że pięćdziesięciomilionowej grupy (tyle według ostatniego spisu mieszka w USA ludzi hiszpańskojęzycznych) nie da się już ignorować. To ponoć więcej niż wszystkich mieszkańców Kuby, Wenezueli, Kostaryki i Dominikany razem wziętych.

Dzień wyborów spędziłam obserwując ostatnie kampanijne wysiłki wolontariuszy Obamy w jednym z tych stanów, w których liczył się każdy glos – Wirginii. Ostatni taki dzień, wiec pełna mobilizacja i zbiórka w jednej z trzech lokalizacji w Waszyngtonie już o 7 rano. Najbardziej pomoc była potrzebna na południe od Richmond, wiec najpierw ponad dwie godziny w samochodzie. Wystarczająco długo, by dowiedzieć się co nieco o pozostałych pasażerach, którzy wcześniej też się nie znali. Andrew (za kierownicą, urodzony w Irlandii) jest właścicielem firmy wydawniczej. Drukuje ekskluzywne albumy o architekturze i dizajnie. Śmieje się, że jego mąż może pojechać z nim do Irlandii, gdzie będzie uznany ich akt ślubu zawarty w Waszyngtonie, ale nie będzie on uznany w sąsiednich stanach. Na przykładzie pracowników, których zatrudnia, tłumaczy korzyści reformy służby zdrowia. Kyle przygotowuje kampanie dla różnych fundacji, ale nie wchodzi w szczegóły. Chętniej mówi o polityce. Chase pracuje w dziale korespondencji Białego Domu. Zdaje sobie sprawę, że od wyników tych wyborów zależy jego przyszłość i to, czy ma jutro iść do pracy, czy lepiej rozglądać się już za nową. Gdzieś w połowie drogi przy okazji wychodzi, że jest „liberalnym mormonem”. Opowiada o swojej dwuletniej misji w Holandii, podobnej do tej Romney’a we Francji. Wszyscy bardzo chcą, żeby prezydent Obama pozostał w Białym Domu jeszcze 4 lata, choć nie są bezkrytyczni.

Na miejscu, na przedmieściach Richmond (oprócz tego, że zimno) - perfekcyjna koordynacja terenowych organizatorów: tu proszę pakiecik z listą zarejestrowanych wyborców wybranych ulic, tu mapka, proponowana trasa według której są poukładane listy, żeby niepotrzebnie nie wertować. I jeszcze plik karteczek przypominających o głosowaniu z informacją o adresie wyborczego lokalu, jeśli kogoś nie ma w domu. Szybka wymiana numerów telefonów i do roboty.

Jedziemy do raczej biednych, mocno zróżnicowanych etnicznie dzielnic. Choć jest zwykły dzień tygodnia, wiele osób siedzi w domu, na ulicach rozwalające się samochody. Ktoś chce głosować, ale nie wie gdzie. Ktoś nie jest pewien czy może, bo po rejestracji do głosowania nie zmienił adresu zamieszkania. Chętnie opowiadają osobiste historie. Raczej te mniej wesołe, ale śmieją się też sporo. Niektórzy z dumą opowiadają, że w lokalach byli już raniutko. Niektórych wystraszyły kolejki, więc wrócą później.

Właściciele domu, którzy goszczą wolontariuszy (mówią, że przez ich dom w ciągu ostatnich czterech dni przewinęły się setki osób) krzątają się po kuchni, podają herbatę, kawę, zupę, wyjęli wszystko z lodówki i spiżarek.

W ciągu dnia telefon od koordynatora, że pomoc jest teraz bardziej potrzebna
w Petersburgu, jeszcze bardziej na południe stanu. Tam miejscem zbiorki jest… miejscowy dom pogrzebowy. Nie ma przegryzek, za to jeszcze więcej życzliwości
i wdzięczności, że komuś się chciało przyjechać pomóc „aż z Waszyngtonu”.

A o czym rozmawiają wolontariusze podczas szybkiego (bo jeszcze trzeba obskoczyć kilka dzielnic) lunchu w dniu wyborów? O odpoczynku po kampanii też, ale przede wszystkim o prawdopodobnych kandydatach po stronie demokratów do wyścigu do Białego Domu w 2016 roku. Koledzy byli tak nakręceni, że wszystkich nazwisk nie zanotowałam, ale wśród gwiazd, których karierę trzeba według nich śledzić, są m.in.: Martin O’Malley, Cory Booker, Elizabeth Warren czy Kathleen Sebelius.

Nie wiadomo które gwiazdy w najbliższych latach zaświecą najbardziej.
Ale wiadomo, że Andrew, Kyle i Chase za cztery lata pewnie znów wyruszą
w teren, bo jak z powagą mi powtarzają: Demokracja nie jest sportem, który ogląda się z trybun…
Trwa ładowanie komentarzy...